Bos016
3943
V.R.S.

Niestety, łatwowierność jest dziś powszechna. Jeśli globalne pudełka rezonansowe trąbią dziś o UPA to nie dlatego, że Polacy wygrywają jakąś wojnę (której nota bene w ogóle nie było), tylko raczej dlatego że jest to akurat pożyteczne dla pewnych grup interesów (być może tych, które dotąd w imię większego geszeftu milczały że UPA zabijała także ich współbraci i które, dorobiwszy się na wojnie, planują teraz pokój "w Ukrainie").

Bos016

Borys Tynka - Dzieci Wołynia
"Maleńkie dzieci nieraz nie rozumiały śmierci i tkwiły przy zwłokach matki, płacząc i dopominając się o jej reakcję. W osadzie Chrynów (pow. Włodzimierz) półtoraroczne dziecko Jana i Marzanny Blicharzów z odrąbaną ręką pełzało po martwej matce, wołając „mama", zaś siedmiomiesięczne dziecko Wacława i Jadwigi Demków z Jadwigina (pow. Łuck) ssało pierś martwej matki.
Dzieci starsze same przyłączały się do uchodźców albo były zabierane przez zorganizowane grupy Polaków, którzy po napadzie wracali zabrać do miasta niedobitki i pochować zamordowanych. W takich okolicznościach ocalało sześcioro sierot po zamordowanych Kuncach z Ziemlicy (pow. Włodziemierz Woł.).
"We wsi Sytnica (pow. Łuck) dwoje dzieci Władysława i Janiny Hulkiewiczów, jedno sześcioletnie, drugie sześciomiesięczne, banderowcy żywcem zakopali; w osadzie leśnej Małuszka (pow. Kostopol) 13-letniemu Stasiowi Wojciechowskiemu zadano 19 ran kłutych i duszono go sznurkiem; we wsi Zamlicze (pow. Horochów) pięcioro dzieci Usarskich porąbano siekierami, niemowlęciu połamano wszystkie kosteczki i gnojem zatkano usta; w Wiśniowcu Nowym (pow. Krzemieniec) dziecko-noworodek Antoniego i Feli Kozakowskich zostało rozbite o ścianę domu (ten sposób zabijania małych dzieci był bardzo częsty); we wsi Swinarzyn (pow. Kowel) paroletni synek Lipskich został przybity do stołu za język, a pozostałe rodzeństwo zostało wrzucone do studni; w kolonii Czmykos Janince Kotas, lat 12, znajomy Ukrainiec ze wsi Czmykos odrąbał nogi w połowie łydek, zmarła z wykrwawienia w rowie przysypana cienką warstwą ziemi"
„Małe dzieci z ustami przeciętymi od ucha do ucha. Kobiety wbijane na pal, mężczyźni rozrywani końmi. Odcinanie po kolei wszystkich członków przed zadaniem śmierci” – relacjonuje ks. Józef Kuczyński, proboszcz w Dederkałach (pow. krzemieniecki)"
"W sierpniu 1943 r. w szpitalu w Równem przebywała 11-letnia dziewczynka z wykłutymi oczami. W szpitalu w Sarnach leczony był syn gajowego z kolonii Chinocze czteroletni Romek, któremu upowcy w czerwcu 1943 r. obcięli obie nóżki, a oboje rodziców zamordowali. U wielu dzieci pozostały rozległe oszpecające blizny po oparzeniach w płonących zabudowaniach oraz po ranach, jak np. u Henia Janaczka z kolonii Siomaki (pow. Kowel)"
"Podczas napadu w Wigilię Bożego Narodzenia w 1943 r. na Polaków w Ołyce (pow. Łuck) w jednym z domów, gdzie zebrała się grupka osób, upowcy kazali trzymać świecę małemu synkowi Balbiny Mroczkowej i oświetlać mordowanie jego matki, brata i innych osób. Na koniec mordu trzymający świecę otrzymał cios siekierą w głowę i stracił oko"
Po takich przeżyciach nie wszystkie dzieci wróciły do równowagi psychicznej. 14-letnia Stanisława Kasperkiewicz, ranna w napadzie w 1943 r. w kolonii Siomaki (pow. Kowel), wprawdzie wyleczyła się z ciężkich obrażeń w szpitalu w Kowlu, ale nie zniosła ciężaru obecności przy makabrycznym mordowaniu rodziców – w 1945 r. zmarła w szpitalu psychiatrycznym. Michalina Kownacka, lat dwa, z kolonii Chaitówka (pow. Łuck) straciła na zawsze mowę na skutek szoku doznanego podczas ucieczki od upowców, gdy matka czołgająca się w bruzdach ziemniaczanych ciągnęła ją za rękę.

Urszula Rok

Wiedza porażająca. Pozwolę sobie skopiować tekst z Pana komentarza do innego postu. Niech się niesie.